Menu
cavo.pl
  • Szukając pana B
  • Larry
cavo.pl
An elderly person dressed in a black suit jacket and a light blue dress shirt. The person is holding up a finger, touching its lips, which is prominently suggests to the viewer that this person needs an absolute silence around it.

Cisza

14.09.2024 r.6.07.2025 r. | Larry | 59 min.
psychologia, science-fiction, thriller

Spis treści

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14

1

Elliot Cross — niestety już martwy — leżał w swoim przewróconym wózku inwalidzkim. Ciało Aleksa Huntera znajdowało się w niewielkiej odległości od niego, zwijając się w konwulsjach i paroksyzmach bólu. Wzbijając przy tej okazji spore tumany kurzu i pyłu w powietrze.

Jack Blake vel Nathaniel BenAmi przekroczył niepewnym ruchem przewrócony wózek i ciągle jeszcze niepewnie zbliżył się do wijącego się agenta CIA. Nachylił się nad nim i — nadal nie wierząc w to, co się wydarzyło — powoli, z ociąganiem uśmiechnął się niewyraźnie.

Biedny Elliot nie żył, a on nadal nic nie słyszał. Udało się!

Po chwili zaskoczenia i niepewności, po dłuższym okresie radości oraz ulgi, jego umysł zalała wściekłość.

— Dobrze ci tak, głupi gnoju! — wysyczał przez zaciśnięte ze złości zęby. — Masz, na co w pełni zasłużyłeś.

Z rozmysłem i z całej siły kopnął w wypięty tyłek Huntera.

2

O tym, że jego żona umarła, jeszcze Nathaniel BenAmi, a niedługo Jack Blake, dowiedział się dosłownie w ułamku sekundy. Wraz z jej ostatnim ziemskim oddechem, zniknęła cała jej dobroczynna aura. Cisza również zniknęła i jego umysł zalały głosy.

Oboje z żoną przygotowywali się do tej chwili od pół roku. Pieniędzy im nie brakowało. Szpital był prywatny, otrzymali jednoosobowy pokój. Personelowi medycznemu powiedział, że zgodnie z wolą żony i jego własną, chcą spędzić ostatnie chwile w możliwie jak największej samotności.

Było to zrozumiałe. Tak też się stało. Lekarz robił obchód cztery razy na dobę, pielęgniarka doglądała umierającą co dwie lub trzy godziny. Na dodatek szpital był drogi, nie wszystkich było stać na jego usługi, więc do bezpośrednio sąsiadujących pokoi nie przyjęto w tamtych dniach nikogo.

W bezpośredniej bliskości znajdowały się więc tylko dwie lub trzy osoby. Mimo to, w chwili, gdy Sarah umarła, jego umysł dosłownie zalały myśli innych. Myśli, które miały moc głosów ludzkich!

Ściany nie stanowiły żadnej bariery. Bo „dar” działał względem odległości między osobami. Między „nadajnikiem” myśli, a ich „odbiornikiem” — Nathanielem. Funkcjonował zupełnie tak, jak głos ludzki, tylko jakby na innym poziomie postrzegania. Im dana osoba znajdowała dalej, tym myśli były słyszalne coraz słabiej. W pewnym momencie przechodziły w coś w rodzaju „myślowego szeptu”, by po przekroczeniu pewnej odległości ucichnąć całkowicie. Wiadomo jednak, że głos ludzki da się usłyszeć przez ściany. Zaś — będąc w toalecie lub łazience — może on podróżować również między piętrami, wzdłuż rur. Jako że metal przenosi dźwięk lepiej niż powietrze. Tak też „dar”, a raczej „przekleństwo” sprawiało, że wszystko było przez niego słyszalne z pewnej odległości, prawie niezależnie od warunków.

Dla przeciętnego człowieka byłoby to nie do zniesienia na dłuższą metę, toteż obecność i miłość Sarah nabierała w ich przypadku wymiaru namacalnego i tak fizycznego, jak chyba w żadnym innym związku. Sarah była dla niego oazą, ostoją oraz portem, do którego wraca się z najbardziej burzliwej podróży.

Sarah była dla niego ciszą.

Ale Sarah umarła.

3

Imię „Nathaniel” wywodzi się od hebrajskiego “Netan’el” i oznacza „dar od Boga”. To zabawne, że ojciec wybrał mu właśnie takie imię, biorąc pod uwagę „dar”, jaki Nathaniel posiadał.

Nazwisko „BenAmi” również związane jest z żydowską tradycją i kulturą. I ma równie długą historię. To może był już nieco mniej zabawny zbieg okoliczności, ale Nathaniel BenAmi też powoli stawał się częścią historii.

Natan urodził się w Izraelu, w bogobojnej i głęboko wierzącej rodzinie hebrajskiej. Lecz wyemigrował do USA, głównie z powodów religijnych właśnie. Ze względu na pewien ciąg wydarzeń, które wolał pogrzebać w pamięci. To one jednak miały wpływ na szybką decyzję o konwersji na religię katolicką. Poznanie Sarah, urodzonej i wychowanej w tym wyznaniu, jedynie przypieczętowało ową decyzję.

BenAmi dowiedział pół roku wcześniej, że jego żona umrze.

Diagnoza lekarska nie pozostawiała żadnych wątpliwości ani tym bardziej nadziei. Rak trzustki nie bierze zakładników.

Po przejściu tego, co do tej pory razem przeszli, nawet taki wyrok przyjęli ze swoistą pokorą. Boksowanie się z nieuniknionym losem nie ma większego sensu. Można, ale po co? Na końcu dnia i tak schodzi się z ringu pokonanym.

Zamiast być „posępni jak obłudnicy”, przybierać „wygląd ponury” oraz „w synagogach i na rogach ulic wystawać” i obnosić się ze swoim smutkiem, woleli „namaścić głowę i umyć twarz”. Aby „Ojcu ich, który jest w ukryciu” pokazać, że będą przygotowani na wszystko, co im zgotował. A przynajmniej, że spróbują być na to gotowi.

4

Na świecie istnieją hackerzy i fałszerze różnego rodzaju. Zdolni i kiepscy, młodzi lub starzy, mądrzy i głupi, otwarci albo preferujący życie w skrytości. Wszystkich ich łączy jedna cecha. Wszyscy oni potrzebują pieniędzy. Życie jest drogie, a rachunki i podatki nie płacą się same. Wszystko więc zawsze sprowadzało się do tego, czego oczekujesz i ile jesteś gotów za to coś zapłacić.

W jaki sposób człowiek, który nigdy wcześniej nie przekroczył prawa — może poza paroma mandatami za nadmierną prędkość lub parkowanie w niedozwolonym miejscu — jest w stanie nawiązać kontakt z przestępcami? Z fałszerzem dokumentów?

Odpowiedź jest prosta. Dark web. Wystarczy odpowiednia przeglądarka internetowa oraz wolne sobotnie popołudnie, żeby nawiązać pierwsze kontakty. Potem, przy odrobinie umiejętności i większej dozie szczęścia, idzie już z góry.

— Ta? — odebrał po siódmym sygnale, zgodnie z zapowiedzią.

Karta SIM do telefonu również kupiona była zgodnie z instrukcjami. Operator Mint Mobile, jedyny, który w całych Stanach Zjednoczonych wymaga podania minimum danych przy rejestracji karty — tylko adres email i ewentualnie adres do wysyłki. Konto pocztowe założył na Google godzinę przed zakupem. Adres wysyłkowy nie był potrzebny, bo kartę nabył za gotówkę, na stacji benzynowej.

— Potrzebuję… — zwilżył spierzchnięte usta językiem; długo przygotowywał się do tej rozmowy, a jednak emocje w pierwszej chwili wzięły w górę. — Potrzebuję nowej tożsamości.

— To kosztuje… dużo — tamten od razu przeszedł meritum.

— Nie jestem przedstawicielem organizacji charytatywnej! — Nathaniel zaczął odzyskiwać pewność i aż uśmiechnął się z wymyślonego na kolanie dowcipu. — Ile?

— Ha! — zaśmiał się telefoniczny fałszerz. — Paszport za trzy papiery. Prawo jazdy lub karta ubezpieczenia społecznego po dwa papiery. Lewe konto bankowe, pięć papierów. Zupełnie nowy ślad ślimaka… kiedyś mówiłem klientom, że od piętnastu do dwudziestu papierów, w zależności od ilości systemów oraz stopnia skomplikowania operacji, które trzeba wykonać. Ale w dzisiejszych czasach — gdy nawet drogę do sracza publicznego nadzorują komputery — zakładam od razu dwadzieścia pięć papierów.

— Wszystko płatne z góry?

— Oczywiście.

Zamilkł, udając, że się zastanawia. Lecz była to tylko gra i czas potrzebny na uspokojenie ponownie rosnących emocji.

— Paszportu nie potrzebuję — BenAmi odezwał się ponownie. — Na pewno nie teraz. Na razie z kraju nie planuję wyjeżdżać. Biorę prawo jazdy, ubezpieczenie społeczne i… podmianę w systemach informatycznych. Chcę cyfrowo całkowicie zniknąć. Czy — jak to nazwałeś — dostać zupełnie nowy ślad ślimaka. Konto bankowe założę sobie sam. Żeby sprawdzić, jak dobrze twoi ludzie wykonali robotę.

— Dwa plus dwa plus dwadzieścia pięć… — chrapliwy głos przez telefon liczył głośno, zdawało się, że prawie na palcach. — …minus dwa za zamówienie hurt, to by dawało dwadzieścia siedem papierów.

— Dla mnie OK. Transfer kryptowalut?

— Nie. Teraz nawet to łatwo namierzyć. Za kilka dni na twój adres nadejdzie zwykły list. W środku znajdziesz nazwę dworca autobusowego Greyhounda i klucz do skrytki w przechowalni bagażu, na nim. Zostawisz tam w kopercie kapustę i dane do nowej tożsamości.

— Oraz fotografie?

— Człowieku, błagam… — rozmówca po drugiej stronie roześmiał się głośno. — Nie rozśmieszaj mnie! Twoje zdjęcia, adres… oraz parę innych szczegółów znałem tydzień przed twoim telefonem!

Połączenie przerwano.

5

Jego przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych, a raczej jej powody oraz warunki, w jakich się ona odbyła, ograniczyły kontakt Nathaniela z rodziną do niemalże minimum. Oprócz tego, Sarah nie mogła chronić go we wszystkich sytuacjach. Więc w ciągu ich niespecjalnie długiego małżeństwa musieli kilka razy przeprowadzać się, a w zasadzie zaczynać praktycznie całe życie od nowa. By z czasem wymarły stosunki ze społecznością, w której żyli poprzednio. Krótko mówiąc, byli wiecznymi nomadami, zaś w każdym kolejnym miejscu zamieszkania — odludkami. Dar Nathaniela dawał im rozliczne pożytki i korzyści, które nie są częścią tej historii, ale był jednocześnie sędzią wymagającym i bezwzględnym.

Pomimo przyspieszenia spraw związanych z pogrzebem Sarah do maksimum, nim to wszystko się skończyło, spotkał się lub kontaktował z taką ilością osób, że prawie oszalał. Od całego tego natłoku niezliczonych, niezgłębionych i skołtunionych myśli innych, które co krok zalewały mu umysł.

Przytłoczony tym wszystkim, rozgoryczony i przepełniony nieutulonym żalem za zmarłą żoną, znosił to wszystko dzielnie, z niewątpliwą pokorą i prześwietną grą aktorską. Mimo krańcowego wyczerpania działaniem daru, a może właśnie dzięki temu, Nathaniel BenAmi przy każdym kontakcie z drugim człowiekiem sprawiał niepozostawiające najmniejszych wątpliwości wrażenie, że jest psychicznym i fizycznym wrakiem człowieka.

Było to konieczne. Wszak miał w planach ucieczkę i samobójstwo. W dowolnej kolejności — pozwalając sobie na małą ironię.

6

Początkowo myślał o tym, by pożar upozorować jako wypadek lub samo w sobie samobójstwo. Szybko jednak doszedł do wniosku, że zdobycie nieboszczyka, który odegra po wszystkim rolę jego własnych zwęglonych zwłok, może być cokolwiek trudne. Nie wątpił też w wiedzę i doświadczenie strażaków oraz śledczych. Był przekonany, że błyskawicznie dojdą do tego, iż pożar był efektem celowego podpalenia. Niechby do tego owe nieszczęsne zwłoki nie przypiekły się wystarczająco i wydało się, że on to nie on. I… brr… nawet wolał nie myśleć o konsekwencjach takiego stanu rzeczy.

Internet — tym razem ten zwykły, nie dark web — podpowiedział mu dużo lepsze i znacznie pewniejsze rozwiązanie. Zniknięcie.

To rozwiązywało wszystkie jego problemy. Po pierwsze, fałszywe ciało było zbyteczne. Tak, popełnił samobójstwo, ale ciała nie ma, zniknęło. Bo podpalenie domu było tylko elementem, półśrodkiem do osiągnięcia celu, a nie celem samym w sobie. On dokonał żywota gdzie indziej — na pobliskim klifie, nad rzeką.

Po drugie, nie musiał martwić się o to, że pożar zostanie uznany za podpalenie. Niewiele to bowiem nie zmieniało. Wielu samobójców niszczy wcześniej wszystko, co było związane z ich przeszłością.

W żadnym z rozważanych scenariuszy nie musiał też martwić się o motyw — mało to było przypadków, gdy zrozpaczony małżonek targnął się na własne życie, po śmierci jego ukochanej żony? Oni zaś, razem z Sarah, nie musieli nawet udawać miłości. Nawet pomimo ograniczonych do minimum kontaktów z innymi ludźmi, na każdym kroku było widać, że są dla siebie wszystkim.

Bo byli… On był miłością jej życia, ona — jego ciszą.

Ubranie schował we wcześniej upatrzonym i przygotowanym miejscu nad rzeką. W gęstych zaroślach, w części parku odwiedzanej tylko przez zbłąkanych mieszkańców miasta. Lub zakochanych.

Podpalenie domu z odpowiednim opóźnieniem i do tego tak, by zasugerować śledczym, że znajdował się w budynku, w chwili wybuchu pożaru, również nie stanowiło większego problemu. Wystarczyło tylko odpowiednio umiejętnie korzystać z informacji w sieci i nieco wyedukować się w tym zakresie.

Odpowiedzią na niezadane pytanie była mieszanka nadmanganianu potasu i gliceryny. Po wsypaniu nadmanganianu potasu do metalowej miski i dodaniu do niego kilku kropel gliceryny, po mniej więcej minucie lub dwóch zachodzi reakcja. Mieszanka zaczyna się palić, wydzielając fioletowy płomień i gęsty dym.

Nadmanganian potasu kupił bez żadnych problemów w sklepie ogrodniczym. Stosuje się go do oczyszczania wody w oczkach wodnych i akwariach oraz do dezynfekcji gleby. Zdobycie gliceryny było jeszcze prostsze, bo ma ona jeszcze więcej zastosowań. Składnik kremów nawilżających, środek przeczyszczający, krople do czyszczenia uszu, składnik do wyrobu niektórych słodyczy i ciast… Kupił ją więc nie tylko bezproblemowo, ale także w znacznej ilości.

Butlę zawierającą glicerynę, zamontował na drewnianym stojaku. Pipetę na jej końcu delikatnie związał kawałkiem cienkiego stalowego drutu. Resztę zawdzięczał grawitacji. Spowodował nieustanne wykraplanie się zawartości pipety. Kilka kropel na minutę było w zupełności wystarczające.

W brzegu metalowej miski, do której później nasypał nadmanganianu potasu, wywiercił małą dziurkę. Przeciągnął przez nią inny kawałek druta, którego drugi koniec mocno i pewnie przytwierdził do dużej wskazówki zwykłego budzika. Zegar nastawił na 2:45, a miskę umieścił wystarczająco daleko od butli z gliceryną. Wskazówka, ciągnąca drucik, musiała ustawić ją pod pipetą najwcześniej o 3:15. Dzięki tym zabiegom, reakcję chemiczną — normalnie zachodzącą w minutę lub najdalej w dwie — wydłużył o całe pół godziny.

Swój gotowy już zapalnik chemiczny z opóźnieniem ustawił na stole w kuchni, który wcześniej wyłożył sporą ilością papieru śniadaniowego. Jak przeczytał w Internecie, zawarty w nim wosk mógł dać dodatkowe pożądane efekty. Sprawiał, że papier palił się dłużej i bardziej równomiernie. Nathaniel zakładał, że miało to pomóc w rozprzestrzenieniu się ognia w domu. Ważniejsze było jednak to, że wosk sojowy, użyty w miejsce parafinowego, może spowodować, że dym będzie znacznie mniej intensywny. Pozwalało to wierzyć, że pożar zostanie zauważony dopiero po płomieniach w oknach. Że jakiś przebudzony w środku nocy dumny obywatel miasta nie wyczuje go przypadkiem nosem. Jeśli wiatr rozniósłby dym po okolicy.

Paradoksalnie więc — w jego misternym planie zdalnego podpalenia domu, największy problem stanowiło… znalezienie sklepu ze zdrową żywnością. By móc kupić ów diabelny ekologiczny papier śniadaniowy, nasączony woskiem sojowym, zamiast parafinowego…

Potem poszło już jak z płatka.

Aktualne dokumenty tożsamości umieścił w taki sposób, by spaliły się w niewielkim stopniu i były łatwe do odczytania przez śledczych, przeszukujących zgliszcza. Nowe odebrał tego samego dnia, gdy pochował Sarah. W tym samym miejscu, gdzie kilka tygodni wcześniej zostawił zapłatę. Tuż przy dworcu był oddział banku, gdzie otworzył nowy rachunek bankowy. Dzięki temu potwierdził, że jego zleceniobiorca wykonał kawał dobrej roboty.

Dom opuścił pod osłoną głębokiej nocy, dwie i pół godziny po północy, niezauważony i nie niepokojony przez nikogo. Przed wyjściem nakręcił zegar. Wyczytał, że między drugą drugą, a trzecią można spotkać statystycznie najmniej świadków. Jedni zdążyli się już położyć spać, pozostali nie zdążyli jeszcze wstać.

Dotarł nad brzeg rzeki, na wysoki klif, gdzie po omacku, bez użycia latarki, odnalazł ukryte wcześniej ubrania. Ułożył je na widoku, w niemalże idealnym porządku, jak robi to większość prawdziwych samobójców.

Był wdzięczny losowi, że tylko udawał. Bał się śmierci i tego, co po niej następuje, jak… ognia.

Rozbłysk przerwał jego rozmyślania i uświadomił mu, co właśnie nastąpiło. Nathaniel BenAmi umarł. Obrócił się w pył — razem ze zgliszczami domu. Z popiołów powstał nowy człowiek.

Wyciągnął podręczne lusterko z kieszeni i na króciutką chwilę włączył latarkę w telefonie. Przyjrzał się własnemu odbiciu. Jak się spodziewał, nie uległo ono zmianie w najmniejszym stopniu.

Ale spoglądał na niego już ktoś zupełnie inny. Jack Blake.

7

Pół roku później, w zupełnie innym miejscu Stanów Zjednoczonych, zupełnie inny człowiek odebrał zaskakujący list. Już samo otrzymanie go pocztą tradycyjną było mocno nietypowe. Zaś jego treść wprawiła Jacka niemalże w osłupienie.

— Drogi panie Blake… — zaczynał się list, zawierający nagłówek i logo Centralnej Agencji Wywiadowczej. — …piszę do pana list, zamiast zadzwonić lub przyjechać osobiście, bo wiem, jaką udręką są dla pana bezpośrednie kontakty z innymi ludźmi. Nazywam się Alex Hunter i jestem agentem operacyjnym średniego szczebla w CIA. Piszę do pana, bo mam dla pana propozycję, która może okazać się niezwykle intratna dla nas obu.

Ze względu na swój dar, Jack Blake ograniczył kontakty z ludźmi i światem zewnętrznym do niezbędnego minimum. Było jednak rzeczą niemalże oczywistą, że obok takiego listu nie może przejść obojętnie. Nie miał pojęcia, jak to w ogóle możliwe, ale ktoś oprócz Sarah wiedział o jego darze.

Tak… „darze”. Teraz, w tej prawie, że nieludzkiej ciszy i spokoju owego absolutnego teksańskiego odludzia, na powrót nauczył się nazywać go „darem”. Przestał nienawidzić go i nazywać swoim „przekleństwem”. Ale śmierć Sarah zmieniła coś bezpowrotnie. Bo tak naprawdę to przestał go w ogóle zauważać.

Pieniądze zgromadzone przez nich wspólnie w zupełności wystarczały, by zapewnić komfortowy byt jemu i dwóm jego kolejnym pokoleniom. Choć dzieci nie planował — z oczywistych względów. Żył na kompletnym odludziu, ograniczając kontakty do minimum. Nie było więc nie tylko potrzeby, by używać daru, ale w ogóle by w pracować zawodowo, czy zarabiać pieniądze. Niby raj…

Toteż pod tym jednym względem tajemniczy agent Hunter, kimkolwiek był, pomylił się. Obiecywane w dalszej części listu pieniądze — w kwocie, która niejedną inną osobę przyprawiłaby o szybsze bicie serca — nie były Jackowi potrzebne, bo sam miał ich w nadmiarze.

Lecz fakt, że ktoś wiedział o jego darze był co najmniej intrygujący, zaskakujący. Lub może nawet… przerażający?

— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła! — rzekł mimo wszystko do siebie, wrzucając podarty list do kominka.

Ale rzekomy lub prawdziwy agent Centralnej Agencji Wywiadowczej nie dawał za wygraną. Następny list przyszedł po dwóch tygodniach, już odrobinę mniej wyważony w tonie. Po nim był kolejny, już po zaledwie tygodniu od poprzedniego i już zupełnie mniej dyplomatyczny. Oba również trafiły do pieca.

Telefon zadzwonił w równo miesiąc po pierwszym liście.

Jack odbierał wszystkie telefony. Minimalny kontakt ze światem zewnętrznym był mu niezbędny do normalnej egzystencji. Nie dało się w tych czasach zupełnie uciec od systemu, mimo że kilkudziesięciu śmiałków próbowało udowodnić, że jest inaczej. Zwykle udowadniali to na kanałach YouTube i przy pomocy fotografii na Instagramie.

Dar działał w taki sposób, że obciążał umysł myślami rozmówcy, nawet jeśli ten dzwonił z drugiego końca świata. Dotyczyło to również telekonferencji internetowych i innych form komunikacji głosowej. Wszędzie tam, gdzie można było przekazać głos, po tej samej „linii” podróżowały też myśli, które odbierał Blake. Kwestia czasu była też raczej drugorzędna. W pewnym stopniu dar działał również w przypadku nagrań zarejestrowanych wcześniej. Programy w telewizji, filmy w Internecie, streamy video… Jedyna różnica polegała na tym, że oglądając je, słysząc głosy nagranych ludzi, Jack odbierał jedynie przeszłe myśli. Te, zarejestrowane w czasie nagrywania głosu i wystąpienia. W przypadku nagrania — nigdy, teraźniejsze. I tylko myśli.

Nie mógł więc komunikować się na odległość. Nie mógł „dorabiać do interesu”, świadcząc usługi przepowiadania przyszłości albo zgadywania, co człowiek pomyślał. Nie mógł rozmawiać ze zmarłymi ani nic z tych rzeczy.

Najprościej można ująć tak, że był ludzkim „magnetofonem”, nagrywającym dwie ścieżki. Tam, gdzie wszyscy inni odbierali jedynie głos, on rejestrował też towarzyszące mu myśli.

Jack odbierał więc wszystkie telefony, nawet będąc świadomym obciążenia umysłowego, jakie te rozmowy niosły ze sobą. Miał pod ręką kilkanaście sposobów szybkiego zakończenia rozmowy, jeśli tylko towarzyszący jej natłok myśli okazałby się zbyt przytłaczający.

— Słucham?

— Drogi panie Blake… — głos w słuchawce był mu zupełnie nieznany, a mimo to natychmiast zorientował się, kto dzwoni. — Czy raczej powinienem powiedzieć… drogi Nathanielu BenAmi…

I wszystko inne nagle przestało mieć znaczenie.

Można było udawać, że to nie ma znaczenia, iż ktoś wie o jego darze. Można było wmawiać sobie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i z uporem maniaka palić kolejne listy. Ale nie można było przejść obok faktu, że ktoś znał jego poprzednią tożsamość.

Zachodziła tylko jedna z dwóch możliwości. Albo Alex Hunter był wyjątkowo dobrym i skutecznym agentem. Albo haker, któremu Nathaniel BenAmi vel Jack Blake zaufał — i powierzył dwadzieścia siedem tysięcy dolarów — wyjątkowo spieprzył sprawę.

8

Hunter od razu przyznał, że wybieg z odwołaniem się do poprzedniego nazwiska Jacka był jedynie pokerowym zagraniem. I nie zamierzał wykorzystywać tej wiedzy. Chyba, że Blake go do tego zmusi.

— Skoro wreszcie udało mi się przyciągnąć pańską uwagę, proszę pozwolić, że od razu przejdę do sedna.

To, co zostało powiedziane zaraz potem, było wprost szokujące. Już sama treść przypominała bardziej film sensacyjny niż rzeczywistość. Zaś beznamiętność i bezuczuciowość opowieści — przerażała.

Alex Hunter był faktycznie zawodowym agentem CIA. Ciągle jeszcze w sile wieku, ale nieco już zmęczony ciągłymi przydziałami, które — z racji zagadnień, jakimi zajmowała się Centralna Agencja Wywiadowcza — rzucały go w najróżniejsze, najdziwniejsze i często najbardziej odległe od domu miejsca na świecie. Jeszcze bardziej męczyło go tempo, w jakim przyrastało saldo jego prywatnego rachunku bankowego. I postanowił nieco dopomóc losowi.

— Jakiś czas temu — kontynuował agent. — miał miejsce napad na bank. Taki sobie zwykły, jak na filmach sensacyjnych. Paru gości w kominiarkach wpadło do oddziału w środku dnia i wymachując pistoletami, zażądało wypłacenia zawartości sejfu. Sęk w tym, iż nie byli to zwykli przestępcy, tylko narkomani, na głodzie. Nie uwierzyli, że sejf ma zamek czasowy — i przed nastaniem właściwej godziny nawet pan Bóg nie jest w stanie go otworzyć. Mało tego, gdy tylko to usłyszeli, wpadli w szał i zaczęli strzelać na oślep. Zdążyli ranić i zabić wiele osób, nim strażnicy bankowi i policja nie położyli ich trupem.

Beznamiętność opowieści i przy okazji wyrachowanie opowiadającego — porażały. Hunter opowiadał o napadzie na bank i śmierci wielu osób z taką estymą, z jaką nastolatek wspomina śniadanie składające się z sadzonego jajka, bekonu, tostu i soku z pomarańczy.

— W tym samym miejscu i czasie znajdował nasz agent — ciągnął Alex Hunter. — Który deponował w skrytce bankowej dysk twardy, zawierający dane mocno kompromitujące wielu wysoko postawionych osób. Ze względu na wagę danych, dysk był zaszyfrowany hasłem znanym tylko owemu agentowi. Pech chciał, że ów agent okazał się być jedną z ofiar śmiertelnych.

— Ale, co mi do tego? — Jack postanowił przerwać ów monolog.

— Pewna osoba była świadkiem napadu — odpowiedział natychmiast Hunter. — Znajdowała się blisko postrzelonego agenta i dzięki temu poznała hasło deszyfrujące dysk.

— I…? W czym problem? Nie można po prostu spytać?

— Osoba ta porusza się na wózku inwalidzkim, a do tego nie mówi, nie słyszy i nie widzi od urodzenia.

— Jak mogła więc, usłyszeć…

Przerwał w pół zdania. Zapanowało milczenie. Cisza przed burzą? I wtedy nagle nastąpił wybuch.

— Osoba ta posiada taki sam dar, jak pan — rzekł ściszonym głosem Hunter. — Usłyszała hasło… w myślach umierającego agenta.

Jackowi pociemniało w oczach i zawirowało w głowie. Kolejne zdania docierały do niego jak przez mgłę.

— Niestety, całkowicie odmawia ona jakiejkolwiek współpracy z nami. Prawdopodobnie dlatego, że domyśla się, co od niej chcemy. Potrzebujemy kogoś takiego, jak pan. Kogoś, kto nawiąże kontakt myślowy z tą osobą. Spędzi trochę czasu, zaprzyjaźni się, a potem niby mimochodem, niezobowiązująco i jakby przy okazji pozna ów kod.

— Zakładam, że przetrzymuj pan tę osobę wbrew jej woli — powiedział powoli Blake. — Perfidnie do tego wykorzystując fakt, że jest ona niepełnosprawna i praktycznie zupełnie zależna od pana. Czy porwanie kogoś nie jest przypadkiem przestępstwem stanowym, jeśli nie federalnym?

— Nie mniejszym niż podpalenie domu, zniszczenie dokumentów urzędowych oraz bezprawna zmiana tożsamości… — skontrował natychmiast Hunter. — Z wykorzystaniem do tego celu osób, których działalność daleko wykracza poza ramy obowiązującego prawa.

— Nawet, jeśli zdecyduję się na współpracę, jaką mam gwarancję, że po wykonaniu swojej części, pan nie ujawni mojej tajemnicy?

— Żadnej, panie Blake, absolutnie żadnej…

Jack był tak wytrącony z równowagi tym, co usłyszał, że zupełnie zapomniał zadać samemu sobie kilku pytań. Takich, które innej sytuacji wydawały się być wręcz oczywiste.

Jakim cudem Hunter… dowiedział się… co „usłyszał” w myślach człowiek, która nie słyszy i nie widzi, a przede wszystkim — nie mówi od urodzenia? Jakim sposobem udało się mu przekazać cokolwiek agentowi? Napisał mu to na kartce? Przecież był niewidomy…

9

Elliot Cross okazał się być sympatycznym starszym panem, który — zgodnie z informacjami agenta — faktycznie nie mówił, nie słyszał i nie widział od urodzenia. Oraz poruszał się wyłącznie na wózku inwalidzkim. Jednocześnie był on najbardziej obrazkowym i „wymalowanym” dziadkiem, jakiego dało się tylko wyobrazić. Ubrany w nieco pomarszczoną koszulę sztruksową, ciepły wełniany sweter i spodnie.

Był sparaliżowany jedynie od pasa w dół, więc poruszał się na wózku inwalidzkim o własnych siłach. Kręcąc przy tym kołami z taką siłą, o jaką trudno było go podejrzewać na pierwszy rzut oka.

Hunter przywiózł go pod bramę wjazdową domu, o ustalonej godzinie następnego dnia. Jak tylko upewnił się, że Jack dostrzegł wózek przy murze, wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Dopiero wtedy Blake ruszył przed siebie, by podjąć gościa.

Z oczywistych względów dom Jacka był zbudowany w samym środku ogromnej działki. Odległość do granic była na tyle duża, że nie dochodził spod murów żaden głos ludzki. Ani myśl. Jednocześnie sam dom znajdował się na znaczącym podniesieniu, a teren wokół porastały tylko nieliczne drzewa i krzewy. W efekcie, spod drzwi wejściowych domu bez problemów można było obserwować wszystko, co działo się przy okalającym teren murze.

Jack Blake, ze względu na swój dar, zamknął się w domu zbudowanym w samym środku naprawdę dużej posesji ziemskiej. Nie mógł więc usłyszeć ani głosu, ani myśli agenta, który przywiózł Elliota. To, dlatego jego wątpliwości nie zdążyły się jeszcze wtedy narodzić.

Wbrew pozorom, czy wręcz nawet ku zaskoczeniu Jacka, Elliot zadomowił się u niego bardzo szybko. Klimat i otoczenie zdawały się mu służyć. Zawsze chętny był do prowadzenia „rozmów w głowie”. Lecz na temat napadu na bank nigdy nie chciał rozmawiać. I jakichkolwiek delikatnych lub bezpośrednich prób Jack by nie podejmował, Elliot zawsze natychmiast zmieniał temat. To i jeszcze jedna rzecz mocno martwiły Jacka. Elliot prawie wcale nie miał apetytu. Jadł niezwykle małe porcje, wyjątkowo rzadko.

Starał się jednak nie myśleć o tym za często., przynajmniej na razie. Cieszył się, że wreszcie ma towarzysza swej samotności, którego obecność nie przytłacza go psychicznie i który — nawet siedząc tuż obok — nie zalewa jego głowy natłokiem myśli.

10

Któregoś dnia, zupełnie nie tłumacząc swoich powodów, Elliot poprosił go, żeby wybrali się na spacer poza mury ogrodzenia. Początkowo Blake był negatywnie nastawiony do tego pomysłu, wiedząc, czym się to może skończyć. Starszy pan mocno go jednak przekonywał, aż wreszcie osiągnął cel. Jack skapitulował ostatecznie, założywszy, że w środku dnia i tygodnia szanse na spotkanie kogokolwiek po drodze były dość niewielkie.

Spacerowali już ładne pół godziny i całkiem niepostrzeżenie oddalili się od domu na ponad dwa kilometry. Blake podpychał właśnie wózek wyboistą wiejską drogą, pod niewielki pagórek, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie od strony szczytu spadł na nich peleton dwudziestu czy trzydziestu rowerzystów. Ile dokładnie, nie widzieli, bo przejazd odbył się tak szybko, że poszczególne rowery niemalże rozmazywały się w oczach. Trening kolarski lokalnego klubu.

Jack odruchowo zacisnął powieki i szczęki, oczekując spodziewanego ataku — czyli niemalże eksplozji myśli w głowie.

Nic takiego się nie wydarzyło.

Spojrzał z ogromnym zaskoczeniem na dobrotliwie uśmiechającą się twarz starego Elliota. Głęboko w jego bezdenne zielone oczy.

— Ty… — pomyślał. — Ty osłaniasz moje myśli!

Zamilkł, nie umiejąc uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło.

— Ty… jesteś jak Sarah — ciągnął. — Jak to możliwe?

— Niewielu już pozostało takich, jak my na tej planecie — usłyszał myśl w odpowiedzi. — Ale paru jeszcze jest i potrafi to, czy tamto.

— Czemu nic nie mówiłeś? Czemu niczego nie wyczułem?

— Obwarowałeś się tutaj, jak w twierdzy. Dopóki nie chciałeś dać się namówić na opuszczenie jej murów, nie było takiej potrzeby.

— Sarah nie potrafiła mówić w myślach, potrafiła jedynie ekranować mnie od myśli innych. Rozmawialiśmy normalnie, no wiesz… ustami. Na dobrą sprawę, zanim poznałem ciebie, nie zdawałem sobie sprawy, że ja sam potrafię mówić w myślach. Nie znałem nikogo, z kim mógłbym tego spróbować. Nie miałem z kim… rozmyślać.

— Twoja żona nie potrafiła mówić w myślach — odpowiedział mu powoli spokojny głos Elliota, rozlegający się wyłącznie w głowie Jacka. — I ty również tego nie potrafisz. Rozmawiamy ze sobą, bo moje własne umiejętności pozwalają nam na to. Niewielu jest takich, jak my, ale ci, którzy pozostali, również różnią się między sobą.

— Możesz opowiedzieć mi na ten temat coś więcej?

— Nasz dar, jak dobrze wiesz, niewiele różni się od zwykłej rozmowy… ustami, jak to ładnie ująłeś. Na dobrą sprawę… to jest rozmo­wa, tylko odbywającą się jakby w nieco innym wymiarze, na innej częstotliwości lub w innym kanale. Jak zwał tak zwał. W przypadku mowy, zdecydowana większość ludzi potrafi mówić i słyszeć. Niektórzy niepełnosprawni tylko mówić, inni tylko słuchać innych, a niektórzy — jak ja — nie potrafią niczego. Tak samo dotyczy daru. Jedni wyłącznie nadają myśli. Prawie każdy z ludzi robi to w sposób nieskoordynowany. Nieliczni są świadomymi „nadajnikami”. Niektórzy natomiast po­trafią tylko odbierać myśli. Jak ty. Są i tacy, jaka była Sarah. To dzięki niej — choć jesteś wyjątkowo czułem „odbiornikiem” — byłeś w stanie jako tako funkcjonować. I nie zwariować. Gdy jej zabrakło, musia­łeś ukryć się na tym pustynnym bezdrożu i pustkowiu…

— A ty… — przerwał mu Jack. — Ty potrafisz przecież wszystko. Mówić, słuchać w myślach, osłaniać innych…

— Potrafię jeszcze parę innych rzeczy… — myśli Elliota nabrały jakiegoś takiego zawadiackiego brzmienia. — Ale na dziś starczy tej spowiedzi… i pokazu myślowych fajerwerków. Chętnie opowiem ci coś więcej na ten temat, ale… później. Musisz na razie nieco okiełznać swą ciekawość i uzbroić się w cierpliwość. Robi się chłodno, zaś człowiek w moim wieku staje się mocno wrażliwy na skoki temperatury.

— No, i… — podchwycił Blake. — …pora zbierać się na obiad.

— A, wiesz, że jakoś nie czuję głodu?

— Wiem… i zaczyna mnie to poważnie martwić. Mało jesz, chudniesz w oczach, niemalże znikasz powoli…

11

To stało się nagle, tak po prostu, któregoś poranka, zaraz po śniadaniu. Bez podejmowania kolejnej próby czy działania ze strony Jacka. Siedzieli obaj na werandzie domu, rozkoszując się ciepłem wczesnoletniego przedpołudniowego słońca, wąchając zapachy rozbuchanej o tej porze roku przyrody oraz napawając się odgłosami owadów buszujących wśród roślin ogrodowych.

— Hunter doskonale wie, że znam kod deszyfrujący dysk. Ale nie spodziewa się, że umierający agent przekazał mi w myślach znacznie więcej. Wiem również, co znajduje się na dysku. I wiem, jak wielu osobom informacje te mogą złamać życie — usłyszał Blake w głowie.

Zaskoczony Jack milczał chwilę, zanim wydusił z siebie pytanie.

— Skąd on w ogóle wie o tobie cokolwiek? — pomyślał.

— Och, mój mały, naiwny chłopaczku…

Różnica wieku, jaka dzieliła ich obu, powodowała, że Elliot traktował Jacka bardziej jak syna, niż jak równolatka. Dlatego pozwalał sobie czasem na takie wybiegi myślowe. Nie było w nich grama złośliwości, więc były one przyjmowane ze zrozumieniem.

— Hunter ma taki sam dar, jak ty, czy ja…

Jack nie wiedział, czy bardziej poraziła go sama odpowiedź, czy raczej jej oczywistość. Niosąca przy okazji ze sobą dobrze zawoalowane oskarżenie o jego własną naiwność.

— To wiele wyjaśnia — odruchowo odpowiedział na głos.

Elliot był głuchoniemy, więc posługiwał się wyłącznie myślami i nie mógł usłyszeć głosu Jacka. Zwykle jednak, gdy mówimy coś na głos, to odruchowo powtarzamy to też w myślach. Więc jakoś im te rozmowy wychodziły. Jeden mówił, co myślał, drugi tylko myślał.

— Nie, w zasadzie… to niewiele wyjaśnia… Każdy z nas posiada, jak już wiesz, różne cechy. Hunter jest „nadajnikiem”. Może jedynie mówić w myślach, nie potrafi słyszeć. Dlatego potrzebował ciebie, do „rozmowy” ze mną. Żebyś pełnił rolę swoistego pośrednika. Tłumacza z myśli na mowę. On mówi w myślach, ale nie potrafi słyszeć moich myślowych odpowiedzi. Ja słyszę go, lecz tylko w myślach. Jestem głuchoniemy, więc „po ludzku” ani go nie usłyszę, ani mu nie odpowiem. Jestem przy tym uparty, jak osioł, a Huntera uważam za skończonego drania, więc nie ignorowałem wszelkie jego próby zmuszenia mnie do napisania mu na papierze tego głupiego hasła.

— Ale, Hunter nie jest głupi — ciągnął w zasadzie bez przerwy Elliot Cross. — Szybko zorientował się, jakim typem człowieka jestem. Że, jeśli nie będę chciał, to niczego ode mnie nie wyciągnie. Toteż wymyślił całą tę maskaradę z wakacjami u ciebie. Liczy na to, że się zaprzyjaźnimy — co się faktycznie stało. I że na bazie tej przyjaźni, mimochodem wyciągniesz ode mnie hasło.

— Jak Hunter dowiedział się o moim darze? — spytał Jack.

— Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Być może spotkał cię kiedyś, gdzieś i wyczuł? Być może spotkał was oboje, gdy Sarah jeszcze żyła i osłaniała cię. Obdarzeni wyczuwają się nawzajem…

Zapanowała między nimi cisza, tak słowna, jak i myślowa, ale niezwykle krótka. Już po chwili Jacka zaczęła trapić natrętna myśl.

— Zaraz, zaraz… Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaką Hunter zużył już do tej pory… — zaczął powoli Blake, tym razem w głowie. — …oraz uwzględniając zawartość dysku, można chyba założyć, że… raczej nie ma takiej rzeczy, do której ten głupi agent nie posunąłby się, żeby wydobyć od ciebie to hasło…

— Piękny słowotok — zachichotał w myślach Elliot. — Ale można to ująć znacznie prościej. Tak, Hunter zabije nas obu, jeśli go do tego zmusimy! Więcej… Nawet, gdy zrobimy to, czego od nas oczekuje, to i tak najprawdopodobniej czeka dostaniemy kulkę. Hunter chce dobrać się do wyjątkowo paskudnych danych, które pozwolą mu latami szantażować innych. I dzięki temu — żyć, jak pączek w maśle, niespecjalnie się przy tym męcząc. My zaś jesteśmy jedynymi osobami, które znają jego wredny sekrecik. Jedynymi świadkami, których musi prędzej, czy później usunąć.

To brzmiało jak wyrok śmierci i de facto nim było. Dlatego Cross postanowił zrobić dłuższą przerwę, by dać Jackowi szansę na przetrawienie tych myśli. Cisza jednak przedłużała się, a z drugiej strony nie było widać żadnej reakcji, toteż po chwili Elliot podjął temat.

— Dlatego konieczne jest rozegranie tego tak, by zabił tylko mnie.

— Nie! — wrzasnął na całe gardło Blake, odruchowo ponownie przechodząc na głos. — Nigdy na to nie pozwolę.

Nie mieściło mu się to w głowie. I nie chciał tego. Ani nie zamierzał pozwolić jakiemuś palantowi zastrzelić innego człowieka, ani nie chciał też stracić jedynej osoby, która wypełniała jego samotność. Jedynego przyjaciela, jakiego miał na tym zasmarkanym pustkowiu. Jedynej osoby, którą mógł zdzierżyć przez ten darprzekleństwo.

Nawet, gdyby Jack jednocześnie nie pomyślał tych słów, Cross na pewno pojąłby ich znaczenie. Wystarczyło zaobserwować mimikę jego twarzy; zobaczyć wybuch strachu i przerażenia jednocześnie.

Elliot spojrzał na towarzysza z rozrzewnieniem.

— Jack… ja umieram…

— Co?

Pytanie, rzucone przez Jacka w myślowy eter, zawisło w powietrzu bez odpowiedzi. I nagle wszystko stało się jasne. Wszystkie kawałki układanki połączyły się w całość. Rowerzyści, osłona, apetyt…

To było jak grom z jasnego nieba. Choć nigdy tak naprawdę nie uderzył, mimo to dźwięczał nieprzyjemnie w uszach jeszcze przez długą chwilę. Po nim przyszła mdłość bezsilności, jak po silnym ciosie prosto w brzuch. I lodowaty pot strachu oblewający kark.

— Och, mój mały, naiwny chłopaczku… Naprawdę nie dostrzegasz podobieństw między twoją żoną i mną? Nie dostrzegasz, czy nie chcesz dostrzec? Ona mogła skutecznie cię osłaniać od myśli innych, i — jak to pokazało zdarzenie z rowerzystami — ja też potrafię, prawda? Ona umarła…

— Rak trzustki? — przerwał mu Jack, a myśli miały znamiona przerażonego szeptu.

— Tak.

— Ile? Wiesz, ile? — dopytywał nerwowo. — Mów! Wiesz, ile?

— W tym stadium i w moim wieku pozwoliłem sobie na luksus, by już nie chodzić do onkologa. Ale czasami boli jak cholera i najmocniejsze leki nie pomagają. Myślę więc, że parę tygodni, może miesiąc…

Pomimo pierwotnego szoku, na usta Jacka, czy raczej do głowy cisnęły mu się kolejne pytania, które po prostu musiał zadać…

— Sarah… ty… a Hunter? A ja?

— Możecie spać spokojnie — odparł Elliot Cross.

— Jak, to?

— Mówiłem ci już, że ludzie… z naszego rodzaju… różnią się między sobą. Zgłębiałem kiedyś ten temat, sprawdzałem przypadki i dość szybko zauważyłem niepokojącą prawidłowość. Śmierć w wyniku nowotworu, konkretnie zaś — raka trzustki, dotyczy tylko tych spośród nas, którzy posiadali zdolność tłumienia myśli. Osłaniania innych.

— Jak Sarah? — pomyślał do niego Jack.

— Żaden z waszej dwójki nie posiada tej zdolności. Bez mej obecności i wsparcia jesteś tylko „odbiornikiem”. Nie możesz nadawać myśli. Hunter zaś to tylko „nadajnik”. Nie umie słyszeć. Jeszcze…

— Jeszcze?

— Moja śmierć jest nieunikniona i całkiem bliska. Twoje życie — poważnie zagrożone, przez sekret pewnego wrednego i nieobliczalnego agenta CIA, który znasz. Pozwól więc, że stary człowiek podpowie ci… czy raczej pomyśli do ciebie, jak to rozegramy.

12

Wszystko odbyło się zgodnie z ustaleniami. Hunter, wezwany telefonicznie, pojawił się wskazanego dnia i o ustalonej godzinie przy bramie wjazdowej na posesję Jacka. Blake, pchając wózek, w którym siedział Elliot Cross, powoli podjechał na odległość wystarczającą do tego, by móc swobodnie rozmawiać.

Jack słyszał w głowie tylko myśli Elliota i swoje. Ani śladu obecności agenta CIA.

— Mam to, czego pan żądał, panie Hunter — powiedział powoli, a kończąc jeszcze bardziej ściszył głos. — Ma pan pieniądze?

Agent w milczeniu i bez pośpiechu otworzył tylne drzwi swojego samochodu. Z tylnego siedzenia wyciągnął sporych rozmiarów torbę sportową. Z daleka było widać, że solidnie wypchaną zawartością.

— Same używane banknoty, dwa miliony dolarów. Tak, jak się umawialiśmy. Oczywiście, czyste — nikt nie zna serii ani numerów.

Puf! Z rozmachem rzucił torbę na ziemię, wzbijając przy okazji niewielki tuman pyłu i kurzu.

— Założę się, że jest pełna pociętych gazet! — Jack usłyszał głos Elliota w swojej głowie. — Ale to będziesz mógł sprawdzić potem…

Blake zadrżał, uświadamiając sobie znaczenie słowa „potem”.

— Jak brzmi hasło deszyfrujące? — dobiegło ich obu pytanie.

— Jestem gotów!

Blake powoli przeliterował hasło. Agent CIA powtórzył je. Potem również z tylnego siedzenia swego samochodu wyciągnął laptopa i przenośny dysk twardy, zamknięty w kieszeni. Włączył komputer, podłączył urządzenie zewnętrzne, poczekał kilka sekund, po czym powolnym ruchem, naciskając pojedyncze klawisze, wprowadził ujawnione mu przed chwilą hasło.

Uśmiechnął się szeroko i zdecydowanie fałszywie. Jack uznał ów uśmiech za wyjątkowo paskudny.

Mogli podać mu błędne hasło, oczywiście. Ale Elliot uznał, że zapach sukcesu jest w stanie zmniejszyć nieco czujność agenta i kupić im przydatne kilka, może kilkanaście sekund życia… Życia!

Alex Hunter powolnym ruchem zamknął klapę laptopa, odłączył od niego cenny dysk i schował go do wewnętrznej kieszeni kamizelki. Niedbale wrzucił komputer z powrotem na tylne siedzenie samochodu. Następnie, jeszcze wolniejszym, wielkopańskim krokiem, jakby chcąc udawać, że ciągle się waha, obszedł pojazd od tyłu.

— Hasło jest prawidłowe… — powiedział głosem dobranym niemalże idealnie; na tyle głośnym, by było słychać każde słowo, ale jednocześnie na tyle cicho, by usłyszały go tylko osoby, dla których słowa te były przeznaczone. — Przykro mi to mówić, ale niestety… nie mogę pozostawić świadków całej tej sytuacji.

Niespiesznie wyciągnął broń z kabury.

— Teraz się zacznie… — padło w głowie Blake’a.

I wtedy perfekcyjny plan się rypnął. Jack znowu spanikował.

— Nie, to się nie może tak skończyć… — wołał spanikowanym głosem w myślach. — Musi być przecież jakieś wyjście! Boże…

Lecz nagle… dostał myślowo w twarz. Z całej siły.

— Jack! Obiecałeś mi! — pomyślał do niego Elliot; myślą zdecydowaną, ale spokojną. — To niczego nie zmieni. Jack, ja umieram. Tak, czy inaczej. Dokończmy to… razem.

Te słowa, czy raczej myśli pohamowały rozedrgane do granic nerwy Jacka i sprowadziły na niego tyleś niezbędny, co niespodziewany błogi spokój. Postanowił odegrać swoją partię do końca, zgodnie z tym, co wcześniej wspólnie ustalili.

— Nie!!! — wrzasnął w niebogłosy, a przy tym, pełnym teatralności ruchem pchnął wózek inwalidzki i kucnął, kryjąc się za nim.

To mocno zaskoczyło agenta. Jeszcze przed chwilą miał przed sobą dwa nieruchome cele, z którymi zamierzał poradzić sobie jeden, po drugim. Nagle znalazł się w sytuacji, w której oba cele zaczęły poruszać się w chaotyczny sposób przez ułamek sekundy, a potem zlały się w jedną plamę. Zaskoczenie wywołało odruch, który pokonał latami uczoną samokontrolę. Nacisnął spust i strzelił nie mierząc.

W ułamku sekundy, jaki minął między wystrzałem, a śmiertelnym trafieniem pocisku w pierś niepełnosprawnego, kryjący się za jego wózkiem Blake usłyszał w swojej głowie dwa zdania:

— Choć, choć skurwielu! Bierz, co ci się należy… — do Huntera.

— Dobranoc, do widzenia, Jack! Kto wie, może się jeszcze…

Potem w jego głowie eksplodowała cisza.

13

Między ową rozmową, gdy Elliot zdradził Jackowi hasło do odszyfrowania dysku, a ich spotkaniem z Hunterem, minęło wiele dni. Przepełnionych niekończącymi się rozmowami w myślach. Przeszli wtedy razem chyba wszystkie stany emocjonalne. Od skrajnej rezygnacji, niemalże depresji Jacka — jakby to on miał niedługo umrzeć — po odzyskanie przez niego względnego spokoju i upewnienie się, że plan „dziadka” jest słuszny.

To wtedy Elliot zdradził mu, że posiada jeszcze jedną cechę, wynikającą z posiadanego daru, niezwykle rzadką nawet wśród „nich”. Był „programatorem”. Posiadał umiejętność dokonywania transmutowania, czyli transferu daru, z jednego obdarzonego, na drugiego. Mógł obdarzyć nim jedną osobę, jeśli tylko znalazł jednocześnie ktoś inny, kto z własnej i nieprzymuszonej woli zgodził się pozbyć owego daru.

Mógł transmutować cały dar, czyniąc jednego obdarzonego całkowicie pozbawionym daru zwykłym człowiekiem. Lub mógł dokonać ekstrakcji tylko jednej cechy daru i przenieść ją na inną osobę. Potrafił na przykład nauczyć jednego obdarzonego zdolnością słyszenia myśli, pozbawiając tylko tej cechy innego.

Transferu dokonywał tylko „programator” i tylko wobec żywych osób. Nieprzeniesiony dar lub cecha ginęły wraz ze śmiercią dawcy.

Zdolność transferu cech lub całych darów była niezwykle rzadką, ale przy tym bardzo potężną umiejętnością. Transfer dokonywał się zawsze pod wpływem woli i działania „programatora”. Ani dawca, ani tym bardzie biorca nie mogli tego zabiegu zablokować.

W zasadzie każdy odnotowany przypadek dotyczył transferu daru lub jednej cechy w układzie: jeden do jednego. Z biorcy do dawcy. Możliwość przeniesienia z kilku dawców do jednego biorcy istniała jedynie w teorii. Elliot, pomimo swego sędziwego wieku, nie słyszał, by to się kiedykolwiek faktycznie udało. Nieznane były więc efekty takiego zabiegu. Sugerowano jednak możliwość wystąpienia synergii, czyli ogromnego wzmocnienia zdolności danej cechy u biorcy.

Żaden z nich nie wiedział więc, czym się to skończy, ale niewiele ryzykowali. Jack bardzo chciał się pozbyć daru, Elliot miał przed sobą jeszcze ledwie kilka dni życia. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by spróbować przenieść zdolność słyszenia myśli z nich obu jednocześnie na jednego Huntera.

W teorii oznaczało to, iż będzie on słyszał myśli ludzi dochodzące z wielu kilometrów…

14

Jack Blake vel Nathaniel BenAmi z rozmysłem i z całej siły kopnął w wypięty tyłek Aleksa Huntera. Kopnięty zwinął się z bólu i jęknął.

W zasadzie wył i jęczał nieustannie. Z czego łatwo można było wyciągnąć wniosek, że ból fizyczny był niczym w porównaniu z bezbrzeżnym wręcz cierpieniem psychicznym. Jak może czuć się człowiek, do którego umysłu wlewają się myśli dziesiątek, jeśli nie setek ludzi jednocześnie? Nawet na tym bezdrożu…

Hunter z całą pewnością był już jedynie byłym agentem CIA. Jak wykonywać tak subtelny zawód, mając w głowie nieustanny jarmark?

Blake nachylił się nad wzbijającym tumany kurzu, poruszającym się konwulsyjnie ciałem Huntera i otworzył swój umysł. Elliot Cross nie żył, zniknęła jego druga osłona w życiu, a on nadal nic nie słyszał!

Wolnym krokiem przekroczył nieustannie wierzgające i poruszające się w kurzu ciało. Powoli ruszył przed siebie.

W zasadzie nigdzie się nie spieszył. Przed nim było wszystko — cokolwiek życie miało jeszcze przynieść.

Przed nim była cisza.

K O N I E C

Inspiracją do napisania tego opowiadania była recenzja powieści pewnego nieco mniej znanego amerykańskiego pisarza science-fiction. Ku mej rozpaczy, moja skleroza spowodowała, że zupełnie zapomniałem zarówno tytułu książki, jak i nazwiska jej autora. Lecz inspirowałem się wyłącznie opisem. Samej książki nie posiadam i nie czytałem, toteż prawdopodobieństwo ewentualnego plagiatu powin-no być niskie.

Jest to moje pierwsze opowiadanie, przy pisaniu którego korzysta-łem z pomocy Sztucznego Inteligenta, konkretnie — usługi Micro-soft CoPilot. Nie, od razu dementuję, nie tworzył za mnie! :) Cała historia od początku do końca powstała w mojej poczochranej gło-wie.

Wspierałem się natomiast — i to na potęgę — jeśli chodzi o weryfi-kację faktów, aspektów i wątków, jakich użyłem w tekście. Czytelnik może więc być prawie pewien, że sposoby zdobycia nielegalnego telefonu, fałszywych dokumentów czy podpalenia domu są… jak najbardziej sprawdzone. Na szczęście, jedynie w teorii! Jak mawia słynne amerykańskie powiedzenie — dzieciaki, nie róbcie tego w domu! :)

OK, przyznaję się… Gramatykę też nieco z nim konsultowałem! :)

Świętochłowice, wrzesień 2024 r.

Tekst ma 46 432 znaki ze spacjami.

  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na X (Otwiera się w nowym oknie) X
  • Kliknij, aby udostępnić na LinkedIn (Otwiera się w nowym oknie) LinkedIn
  • Kliknij, aby udostępnić na Pinterest (Otwiera się w nowym oknie) Pinterest
  • Kliknij aby podzielić się na Reddit (Otwiera się w nowym oknie) Reddit
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Więcej
  • Kliknij, aby udostępnić na Tumblrze (Otwiera się w nowym oknie) Tumblr
  • Kliknij, aby udostępnić na Telegramie (Otwiera się w nowym oknie) Telegram
  • Kliknij by udostępnić w serwisie Pocket (Otwiera się w nowym oknie) Pocket
  • Kliknij, aby udostępnić na X (Otwiera się w nowym oknie) X
  • Kliknij, aby udostępnić na Nextdoor (Otwiera się w nowym oknie) Nextdoor
  • Kliknij, aby udostępnić na Mastodonie (Otwiera się w nowym oknie) Mastodon
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail

1 thought on “Cisza”

  1. BJ pisze:
    14.06.2025 r. o 14:18

    Moim zdaniem opowiadanie jest świetnym pomysłem:

    1. Jest nieprzewidywalne, zaskakujące.
    2. Świetna klamra spinająca tekst i dopowiadająca finał tej historii.
    3. Postać „malowanego” dziadka — nieoczywista, ale to dobrze, bo opowiadanie dzięki temu nie ociera się o banał.
    4. Wisienka na torcie — unicestwienie na żywca agenta — mocne!

    A teraz jedno niedociągnięcie:

    „Podrzucenie” Eliota do domu Blake’a przez Huntera — jakieś takie sztuczne, nierzeczywiste. Znajdź jakiś „formalny” powód, który poda Hunter Eliotowi, dlaczego będzie mieszkał z Blakiem (program ochrony świadków, czy coś takiego).

    Przepraszam za przetrzymywanie (zbyt długie tego opowiadania. Usprawiedliwienia brak. Dziękuję, że mogłam je przeczytać.

    Odpowiedz

Zostaw komentarzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ostatnie wpisy

  • Cisza 14.09.2024 r.
  • Najeźdźca ze Schiz 17.08.2020 r.

Archiwa

  • wrzesień 2024
  • sierpień 2020

Wyszukiwarka

Informacje

  • O mnie
  • Prywatność
Copyright © 2023 by Alessandro Cavo